- Karen, oni majÄ… gdzieÅ›, czy... .

Cywilizacyjnego, co w tysiąc lat później reformacja. O ile nawet nie uznamy, że zakonne życie spełnia Chrystusowy ideał społeczny, to z pewnością był zakon benedyktynów najdoskonalszym na ówczesne warunki laboratorium cywilizacji. Dziś umiemy docenić ich wkład w jej narodziny i postępy w wiekach średnich, co więcej, rozumiemy też - nieuchronne, a nieplanowane efekty uboczne: ich bowiem wytężona, "benedyktyńska" praca, rozwój wszelkich umiejętności i technik, gospodarność, organizacja i oświata, przy jednoczesnej skromności życia i minimalnych wydatkach, musiały - co zauważył Hipolit Taine już ponad sto lat temu - owocować akumulacją kapitału, czyli, używając ludzkiego języka, rodzić bogactwo. Kościół benedyktynów zaczął się bogacić, a i bogactwo płynęło ku niemu samo z ofiarności wiernych, właśnie ku nim, - benedyktynom, którzy - wiadomo było - zrobią z tych zasobów najlepszy użytek. Niemniej dobrobyt z upływem wieków zdemoralizował Kościół, a po części i niektóre zgromadzenia. Trudno było oprzeć się własnemu bogactwu. . . Wielu historyków przypisuje proces rozkładu - feudalizacji Kościoła, ale ja sądzę, że winien był dobrobyt, nie sam feudalizm. Przytoczę jeden tylko przykład, za to skrajny, ze szkiców Tadeusza Silnickiego: "W słynnym i bogatym opactwie benedyktyńskim Farfa k, we Włoszech środkowych w roku 936mnisi zamordowali swego opata za to, że chciał przywrócić porządek. Rozdzielili dobra klasztorne między siebie i żyli po dworach wiejskich i w rozproszeniu, wracając tylko w niedzielę do klasztoru. Wzięli sobie kobiety i wiedli życie rodzinne na kształt panów feudalnych. Gdy w roku 947hrabia Tusculum w celu przeprowadzenia reformy przysłał mnicha, zwolennika kierunku porządku, otruli go. Główny sprawca tej zbrodni, mnich Campo, miał trzech synów i siedem córek, które wyposażył z dóbr klasztornych. Wesela mnichów odbywały się hucznie, jakby, rzecz normalna i legalna". W wielu okolicach godność opata można było po prostu kupić, patrimonia klasztorne wraz z tytułem opata monopolizowały wielkie okoliczne rody, sami mnisi okradali skarby klasztorne, sprzedawali dobra klasztoru. Ale: naprawdę nie wszędzie tak było. Zgoda, wszędzie tak być mogło i, jak widać, nikt nie miał na to sposobu. Jednakże właśnie przeciw tej zarazie doczesności podniósł się ruch reformy, ściślej - odnowy Kościoła, ruch na rzecz powrotu do pierwotnej prostoty chrześcijańskiej i czystości. Z tego wzięło się cluny - bunt jednak, nie ukrywajmy, również przeciwko temu, co najmądrzejsze we własnej benedyktyńskiej tradycji, przeciwko intelektualizmowi i naukom, o świeckim. W Cluny miała liczyć się tylko i wyłącznie służba Boża, czyli modły, liturgia i kontemplacja, aż po nieustanne milczenie. Recytowano tam w ciągu jednego dnia tyle psalmów, ile św. Benedykt przepisał na cały tydzień. Pracę fizyczną przekreślono, żyć miał zakon z tego, co ofiarują wierni. Żadnej doczesności. No, poza winem, tyle że rozcieńczonym. . . Za trafnością mojego domysłu co do źródeł owego rozkładu mam argument w postaci tego, co dotknęło z latami i samą kongregację kluniatów. Na ich bogactwa i rozwiązły tryb życia pomstował z początkiem XII wieku św. Bernard z Clairvaux, cysters - bo to znowu jego cystersi powracali do skromności ich i pracy. Żeby się nie powtarzać, oszczędzę cytatów. Reforma kluniacka to również był wiek X. Ale to nie on ów pierwszy, jak już wiemy, przekreślał i odrzucał doczesność. Taka tradycja przesycała chrześcijaństwo prawie od początku. Nieobca była i samym benedyktynom. Ci o wyższym napięciu wiary, o skłonnościach medytacyjnych i mistycznych, nie mieścili się najlepiej w regule. Wspierały ich nauki św. Augustyna, świętego. - Co tam się dzieje?! Na miłość boską, otwórzcie te cholerne drzwi!. Zaciekłością w głosie. -. - Dlatego - odpowiedział - że wierzę we wszystko, co w nich powiedziałem. Odnoszę się do moich przekonań z pełnym entuzjazmem.. .